Tagi

, , , , , , ,

„Te dzisiejsze dzieciaki. Kiedyś jak taki dostał w tyłek, to się przejął, zapłakał. A teraz, nic tylko się jeszcze śmieje”. To wypowiedź rodzica klasy zero. Jak mniemam, rodzica nieco sfrustrowanego brakiem siły przebicia stosowanych metod wychowawczych.

Czy aby na pewno tak jest, że dzieci nie przejmują się karami, a szczególnie tymi fizycznymi /bo nie ma co zaprzeczać, że mimo wielu akcji społecznych, nadal znajdują one swoich zwolenników/. Na temat wpływu kar cielesnych na młodego człowieka rozpisywano się już wiele razy. Ze swojej strony chcę jeszcze podkreślić zgubny fakt publicznego karania w postaci „niewinnego klapsa”. I nie zgadzam się, jakoby dzisiejsze dzieciaki sobie to ignorowały. Jest wręcz przeciwnie drogi Rodzicu. Publicznie wymierzana kara cielesna, choćby nawet symboliczna, stanowi dla dziecka niemal wyzwanie o charakterze społecznym /pomijam tu istotną kwestię samego odczuwania przez dziecko bólu/. Trzeba przecież jakoś wyjść „ z twarzą” z tej tak trudnej i upokarzającej sytuacji. Nie można przecież pozwolić, żeby ów incydent miał wpływ na wizerunek w grupie rówieśniczej, i pozycję jaką sobie w niej dziecko wypracowało. Niejednokrotnie zdarza się, że nauczyciele klas początkowych dają sobie przyzwolenie na takie klapnięcia „po łapach”, jednocześnie spotykając nieoczekiwany wówczas efekt swoich działań – śmiech i ignorancję ze strony karconego, na forum całej klasy. I co teraz?

Dobrze wiemy, że sytuacja ta dla rozrabiającego ucznia wcale nie należy do zabawnych i beztroskich. Dziecko nie pozwala sobie na słabość, szczerość reakcji, bo w tym momencie walczy o siebie z autorytarną postawą, bądź co bądź, bezradnego dorosłego, niejednokrotnie karzącego „dla przykładu”, a może i żeby „złamać” trudnego delikwenta. Wychowujący nie uświadamia sobie jednak, że większym bólem jest ten psychiczny, z którym sobie trzeba za wszelka cenę poradzić. W tych okolicznościach ów młody człowiek, ratuje niejako własne zdrowie psychiczne, skoro dorosły nie potrafi w inny sposób przemówić do jego rozsądku. W swoim zachowaniu przejawia ignorancję i chciałoby się rzec, bezczelność, bo tak robi twardziel.

Proponowałabym po takiej akcji spróbować z dzieckiem szczerze porozmawiać o tym, co zaszło, o powodach nieakceptowalnych na lekcjach form zachowań /rzecz jasna dziecko otwarcie nie porozmawia  ze swoim oprawcą, to wydaje się być oczywiste/. Jeśli znajdzie się osoba szczerze zainteresowana taką rozmową z dzieciakiem, i poświęci mu nieco cennego czasu, to pozna jego punkt widzenia. Na ile „gra jest warta świeczki” wie ten, kto znalazł czas i chęci na takie partnerskie spotkanie, bez względu na to, ile ów dzieciak ma lat.

Wiemy dobrze, że śmiechem na publiczne karcenie nie reagują wszystkie dzieci, to oczywiste. Taką w mniemaniu dorosłego butną postawę przyjmują te, które „walczą” z dorosłym, z sobie niejednokrotnie znanych powodów, te dzieciaki, dla których taka postawa dorosłego  to niestety „chleb powszedni”. Nie ma co ukrywać, dzieciaki tego „pokroju” nie należą do spokojnych.

Zdaję sobie sprawę, że niejednokrotnie rodzic bądź nauczyciel musi szybko załatwić „problem złego zachowania”, bo nie ma po prostu czasu na sentymenty. Musi reagować, również ku przestrodze innych małoletnich. Ale jak widać, na tych recydywistów wychowania to nie działa.

Tym rozrabiającym dzieciakom trzeba po prostu pochylenia nad ich rozwojem /i ewentualnymi w nim trudnościami/, oraz osobowością, temperamentem, czego tak naprawdę nie da się ujarzmić klapsami. Tutaj trzeba zaangażowania i korczakowskiego pochylenia nad dzieckiem, aby nadmiar energii czy nieadekwatne zachowania ukierunkować pozytywnie, nadać im akceptowalny społecznie tor. Tylko tyle, i aż tyle.

Znam rodziców, którzy mając dzieci z niespożytą ilością energii zapisują je na różne dyscypliny sportu, czy też rozwijają ich zainteresowania. Rodzice borykający się z trudnościami rozwojowymi swoich pociech szukają możliwości kompensacji, nowych dróg prowadzących do akceptowalnych form zachowania. Nauczyciele z tak zwaną intuicją, sami tak organizują zajęcia, aby dzieci miały możliwość „przeplatania” okresów uwagi chwilami kontrolowanego ruchowego „szaleństwa”.

Oczekujmy od dzieci tego, co jest zgodne z ich możliwościami rozwojowymi. Wspierajmy je w nabywaniu umiejętności współdziałania na każdym polu. Jeśli nie mamy pewności co do powodów niepowodzeń wychowawczych u ucznia, to jako rodzice bądź nauczyciele, wspierajmy się opiniami specjalistów. Lepiej bowiem znać fakty i zgodnie z nimi wspierać rozwój małego dziecka, aniżeli na siłę wychowywać dziecko, którego wina leży po stronie organicznej.

Złamać tak zwanego krnąbrnego, to złamać człowieka, jego siłę i sens istnienia.

Tego bym nie chciała mieć na swoim sumieniu, zarówno jako pedagog, terapeuta, jak i rodzic.

Reklamy