Tagi

, ,

Ostatnia zima obfitowała w zachorowania dużych i małych, a co za tym idzie, wielu miało okazję do częstych spotkań z lekarzem rodzinnym. Skoro jednak wielu chorowało, to i niemała rzesza pacjentów okupowała poczekalnie. Podczas tychże oczekiwań na swoją kolej można było obserwować jakich to „pocieszycieli” i „zabijaczy czasu” wzięli  ze sobą najmłodsi pacjenci.

A byli bardzo różni, jak różne są dziecięce pasje i zainteresowania; duże i małe, pluszowe i gumowe, bajecznie kolorowe bądź skromniejsze w palecie barw. Te zabawki miały wielkie zadanie do spełnienia, i na pewno zrobiły to doskonale. Zastanawiam się jednak, co dalej działo się z tymi nazwijmy „przytulankami”, które tu, w poczekalni stanowiły o sile i wytrwałosci malucha. Nie trudno się domyślić, że wracały wraz ze swoimi właścicielami do domu, do dziecięcego pokoju, do łóżeczka … no właśnie.

Czy my rodzice, opiekunowie, nie zapominamy o tym, jak należy postąpić z przytulanką, która w przychodnianej poczekalni lądowała na krzesłach, podłodze, a niekiedy nawet wśród tamtejszych zabawek?

Problem może wydawać sie błahy, jednak taki nie jest. Dobrze jest mieć na uwadze to, że nasza przytulanka niesie na sobie spory bagaż: drobnoustrojów, wirusów, zarazków i tym podobnych, co w czasie choroby naszej pociechy dodatkowo obarcza organizm.

Jakiś pomysł, jak można temu zaradzić? Dość prosty. Zabierajmy nasze pociechy na wizytę lekarską jedynie z takimi zabawkami, które można łatwo wyczyścić. W przypadku, kiedy tylko i wyłącznie nasz przysłowiowy pluszak może osuszyć  łzy, pozostaje jedno – nie zapomnieć o jego dezynfekcji.  

Takie działanie na pewno będzie dodatkowym wsparciem w procesie terapii i zdrowienia naszego dziecka. A o to przecież nam chodzi.

Reklamy